piątek, 4 grudnia 2009

Stambuł po raz ostatni....

Jednak nie ma to jak miasta z morzem. Oczywiste, że skorzystaliśmy z wycieczki po Bosforze, od razu przypomniały się wszystie inne nadmorskie aglomeracje które znamy. W Kazachstanie góry piękne, dają oddech miastu, ale dla kogoś urodzonego nad morzem to jednak nie to, mimo, że są piękne i że widzę je codziennie z okna.
W części azjatyckiej nie byliśmy, bo przecież nie po to polecieliśmy do Europy, że Azję odwiedzać, ale i tak dwa dni to za mało. Z komunikacją problemów żadnych nie było, wszystcy prawie mówią po rosyjsku, wielu po angielsku, a niektórzy nawet po polsku. Niestety, nie pomyślałam, że święto muzułmańskie „kurbanajt” obchodzone będzie również w Turcji, więc tym razem zakupów nie było. Wszystko nieczynne. Ale to nic, trzeba będzie przyjechać jeszcze raz.
Po pobycie w Stambule, już wiem za to, czego mi najbardziej w Ałmaty brakuje. Po pierwsze – kolorów. Szczególnie teraz, kiedy słońca mniej, wszystko jest takie szare, jesienne, a ulice i reaturacje nie zaskakują jakoś specjalnie ferią barw. W Stambule dzień i noc ulice są pełne ludzi. Pełne uśmiechniętych, wyluzowanych obywateli z całego świata, którzy przyjechali tu pozwiedzać, odpocząć. W Almaty jakoś ich nie widać, chociaż kluby i reaturacje wieczorami zapchane, to na ulicach pustawo. Dalej – ryby. Wiadomo, że w Stambule port, kutry, wybór wspaniały, no ale tutaj wyboru nie ma żadnego. Można kupić ew pstrąga, amura, ale z jakośćią nie za bardzo. Więc skorzystaliśmy jak tylko mogliśmy, no ale co dalej? Kiedy następnym razem świeża rybka? A Wigilia bez Pana Karpia? Pierwszy raz w życiu?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz